21:27:00

Tydzień z nami - dzień 6

SOBOTA
Budziki wyłączone, sobotni relax.
Synuś obudził mnie o 6 rano! Ale oddelegowałam go do salonu z tatą gdzie zajmowali się sobą do 8:30 a ja spałam w najlepsze :)
Cóż, mając ambitne plany nie ma czasu na leżakowanie.
Uwaga! Teraz nastąpi szok: tak wygląda zwyczajna kawa - zwyczajnej matki blogerki :P
To nie zawsze elegancki kubek na pustym stole otoczony pięknymi przedmiotami :)

Dziś był relax na całego, krążyliśmy w piżamkach jeszcze po 11-tej :)
Nikomu to nie przeszkadzało; Ślubny gnił na kanapie, Oliś układał klocki a ja ogarnęłam chaos w kuchni. Wszyscy zadowoleni.
Dopiero gdy mgła zniknęła doszliśmy do wniosku, że to czas ruszyć się z domu.

Zwykle w soboty udajemy się na wycieczkę rowerową lecz dzisiaj ze względu na Herbstmesse pojechaliśmy "na miasto". Oliwier już wiedział o co chodzi w tej wyprawie i całą drogę opowiadał o karuzelach. Pierwsze co zobaczył to autka, których nie byliśmy w stanie mu odmówić.

Potem było już tylko lepiej; jazda na motorze, porsche i terenówce - uwielbiam stare karuzele - kręcioły :) Samo centrum było wypełnione bawiącymi się ludźmi a zapach czekolady zachęcał do jedzenia. Sprawiliśmy sobie banana w czekoladzie i truskawki w czekoladzie - takie nadziewane na patyk. Przepyszne były; chciałam Wam pokazać jak smakowicie wyglądają ale nie zdążyłam wyjąć aparatu :P


Obowiązkową dla mnie atrakcją jest Diabelski Młyn; uwielbiam oglądać panoramy miast! Żadnego z nas nie trzeba było namawiać bo stylizowane na stare wagoniki same zachęcały. Spójrzcie tylko: czyż Bazylea nie jest piękna?


Do domu wracaliśmy późnym popołudniem. Wymęczeni ale zadowoleni z zabawy i atmosfery panującej w mieście. Sama jazda tramwajem jest dla Oliwiera rozrywką i lubię z nim jeździć by patrzeć jak się cieszy z tak prozaicznej rzeczy.


Ślubny pojechał jeszcze na drobne zakupy a ja z synem oddałam się degustacji oliwek. Potem było już tylko lenistwo przed telewizorem i kolejny dzień dobiegł końca. Oli już śpi wyczerpany nadmiarem emocji a my leżakujemy dalej na kanapie z kieliszeczkiem Martini w dłoni :)



21:26:00

Tydzień z nami - dzień 5

PIĄTEK
Dlaczego ja chodzę tak późno spać a potem rano jestem nieprzytomna?
Na szczęście Oliwier litościwy wturlał się do naszego łoża i pospał jeszcze chwilę ze swoim nowym kumplem pod pachą. Skąd się u nas wziął ten nowy przyjaciel dowiecie się niebawem.

Podczas gdy ja szykowałam śniadanko synuś oddał się zabawie klockami od Wadera - chyba też poświęcę im osobny wpis bo to jak zajmują Oliwiera to dla mnie prawdziwy szok!

W piątki, jak w większość dni tygodnia, mamy napięty plan. Na 14 chodzę na kurs a Oliś do swojej grupy zabaw. Dzisiaj zdążyliśmy się jeszcze wybrać na szybki spacerek na najbliższy plac zabaw - tuż pod domem. Poranna pogoda nie sprzyjała więc prędko zwinęliśmy się do domu.

W magicznej szafce ze słodyczami znalazłam pyszne batoniki z amarantusa, które trafiły do lunchboxa. Tuż przed samym wyjściem do szkoły Oliwier zdążył jeszcze wszędzie poroznosić łupiny od orzechów więc lotem błyskawicy sprzątałam i ubierałam jegomościa jednocześnie.


Z moim ściśniętym gardłem robiłam dziś furorę na zajęciach a i prowadząca nader często wywoływała mnie do czytania długich tekstów. Chyba chciała rozruszać moje struny głosowe - z marnym skutkiem. A! Za to mój oporny 3-latek wreszcie narysował coś dla mnie i był bardzo dumny :) Wracając do domu znalazłam kolejne cudo! Muszę częściej robić "tydzień z nami" albo zachwalać szwajcarskie wystawki bo przynosi mi to szczęście: dziś upolowałam drewniany chlebak. Kilka pociągnięć pędzlem i będzie jak nowy - już się nie mogę doczekać! Dzięki temu znalezisku mam też fotkę jak taka wystawka wygląda; co lepsze już pewnie się rozeszło bo widać nieład w składowisku :)

Popołudnie upłynęło przy zabawie; wręczyłam młodemu kolejne duplo więc był zajęty i nawet nie dał sobie przeszkodzić. Ha! Musiałam go namawiać na kąpiel a potem kolację taki był zaaferowany budowaniem.



Na dobre zakończenie dnia podkradłam synowi płatki i właściwie mogłabym zakończyć dzień. Przeziębienie osiągnęło u mnie dziś apogeum i na prawdę musiałam stanąć na wyżynach by napisać coś dla Was. Rozkładam się zatem na kanapie, tuż obok męża. Zaraz pewnie zasnę przed filmem :)

21:21:00

Tydzień z nami - dzień 4

CZWARTEK
Dzień zaczął się mocną kawą bo dziś dużo biegania po schodach.
Dlaczego?
W czwartek jest mój dzień na pranie.
Właściwie czwartek zastępuje mi sobotę; piorę, sprzątam, układam.

Mało kiedy w szwajcarskich mieszkaniach spotkać można pralkę; w blokach zazwyczaj jest pralnia w piwnicy, z której korzystają na zmianę wszyscy mieszkańcy. Mamy magiczną kartę na chip, która uruchamia machiny i do roboty!  Z 3 piętra biegam dom-pralnia-dom-pralnia.
Taki żywot szwajcarskiej kury domowej.
Choć nie powiem: suszarka to fajna rzecz. W jednym pomieszczeniu ciuchy się piorą, w drugim już suszą i w domu zostaje mi tylko prasowanie i układanie. A przy moim super żelazku to sam relax ;P


Gdybałam i gdybałam nad burdelem w domu.
Z bolącą głową i zakatarzonym nosem nie miałam ani siły ani natchnienia na porządki.
Uszykowaliśmy się szybko i daliśmy dyla z domu. Wycieczka tramwajem do miasta to zawsze atrakcja. Oliwier uwielbia tramwaje i pociągi :)

Warto było jechać bo od soboty odbywa się w Bazylei Herbstmesse. To czas, gdy Bazylejczycy witają jesień a każdy plac w mieście zamienia się w wesołe miasteczko, pełne atrakcji i pyszności. Pachnie tu migdałami, kasztanami, kiełbasą i grzanym winem! Zarówno na dzieci jak i dorosłych czeka ogrom atrakcji: w każdym kącie stoją karuzele, pędzące kolejki i mój ulubiony diabelski młyn. Herbstmesse trwa całe 2 tygodnie ale nie sposób się tam nudzić, za każdym razem odkrywa się coś nowego. Jest wesoło, radośnie, ludzie są uśmiechnięci i rozbawieni. W zeszłym roku byliśmy chyba 4 razy i nadal czułam niedosyt.


Mam nadzieję, że wyciągnę Ślubnego w weekend na jakieś szwajcarskie smakołyki do Basel. Oj tak, tam pachnie czekoladą tak mocno, że nie da się przejść obok!  Oczywiście synuś mnie naciągnął na bardzo niezdrową i mega długą żelkę - ja fundnęłam sobie coś w rodzaju murzynka w delikatnej, cieniusieńkiej czekoladzie i wiórkach kokosowych. Mniam!


Co roku atrakcje się zmieniają: w zeszłym na przykład był nowoczesny diabelski młyn - w tym roku postawiono na bardziej tradycyjny. Zniknęła też najbardziej charakterystyczna karuzela, nad czym niesamowicie ubolewam (po prostu lubiłam na nią patrzeć - jakbym cofnęła się w czasie). Wrzucam Wam zatem zdjęcie z zeszłego roku by zobrazować to o czym mówię.

Gdy już nasze brzuszki były pełne wybraliśmy się jeszcze na spacer po Bazylei. Lubię to miasto, jest bardzo klimatyczne - polecam! A w związku z tym, że wracając musiałam iść na pocztę odebrać paczkę - a poczta na przeciwko placu zabaw - zawędrowaliśmy jeszcze na małe szaleństwo w liściach. Świeciło pustkami i było bardzo przyjemnie; zawiewał lekki wiaterek więc żółte liście spadały wolno z drzew. Relaks na ławeczce dla mamy i dziki szał dla syna :P


Na szybki obiad zdążyłam ukręcić kaszę na gęsto z warzywami. Paluszki lizać!
Zdrowe to i pyszne a póki syn chce wcinać to bon apetit!

Potem była już tylko beztroska zabawa duplo (znowu :P ) i czytanie książeczek.
Dużo czytamy - jeśli można tak powiedzieć - bo zwykle Oliwier sam opowiada historyjki do obrazków. Cieszy mnie to bo świadczy to tylko o Jego wyobraźni. Tatko dzisiaj powędrował na swój kurs języka (tak! On też się szkoli) a my leżakowaliśmy na dywaniku. Zmęczony synuś już od 18-tej wołał o kąpiel. Ostatecznie o 20 padł jak długi i zasnął.

Chciałabym Wam jeszcze pokazać kilka aktualnych fotek z Herbstmesse bo to na prawdę piękna tradycja - 545 rok z rzędu!!! - a i jest to pretekst by wyciągnąć Ślubnego na miasto. Widać po dzisiejszym wpisie, że nasza najbliższa okolica jest pełna niespodzianek, rozrywkowa i wesoła. Dużo się tutaj dzieje i cieszę się, że akurat w bliskim sąsiedztwie z Bazyleą mieszkam :)

21:18:00

Tydzień z nami - dzień 3

ŚRODA
Dziś budził nas tatko w osobie własnej W środy Oliś chodzi do Spielgruppy już na 8:30 więc trzeba się dość szybko z rana uwijać. ALE trzeba zjeść pożywne śniadanko przed szaleństwami :)
Szanowny syn zjawi się w domu około 12.30 więc MUSI zjeść by potem nie paść z głodu. W środy zazwyczaj mam okazję dać popis swoich umiejętności w kuchni :P

W sumie to fajnie, że prowadzam go w środy tak wcześnie; mam okazję pooglądać poranne mgły i rosę. Nawdychać się rześkiego, porannego powietrza. Jeszcze dziś miałam fuksa jak nic :)  Na "wystawce" dorwałam piękną, choć zmęczoną życiem, latarenkę. Jest spora i potrzebuje odrobiny cierpliwości ale na pewno warto!


W domu miałam chwilę czasu na zaległości i rozmowy na skype. Moje stanowisko "pracy" zwykle wygląda tak jak poniżej - uwierzcie, nieliczne blogerki mają porządek cały czas. Piękne zdjęcia, gdzie każdy najdrobniejszy element ma swoje miejsce to ustawki - w końcu takie lubicie oglądać, prawda? Jestem jednak najzwyczajniejszą babką - jak WY - i mam gorsze dni; piętrzy się wtedy pranie, na stole burdel a po podłodze urzęduje zgraja okruszków.

Synusia odebrałam punkt 11:30. Po drodze nie mogłam się oprzeć i skorzystałam z samoobsługowej kwiaciarni pod gołym niebem. To częsty widok w Szwajcarii: jest sobie pole porośnięte różnymi gatunkami kwiatów, stoi "przystanek" a na nim puszka i nóż do cięcia kwiatów. Oczywiście wisi też cennik ile dana roślinka kosztuje. Często korzystamy z tej usługi; Oliwier jest uradowany bo wybiera kwiaty a ja zadowolona bo płacę mniej niż w stacjonarnej kwiaciarni.


Na obiadek kuchnia zaserwowała żurek - ku uciesze konsumenta! Oliwier bardzo lubi zupy i nigdy przy nich nie grymasi. Fakt, że muszą mieć "wkład" inaczej za 5 minut będzie głodny. Biorąc pod uwagę, że oboje jesteśmy zaziębieni taka zupka to był strzał w 10-tkę.

Po obiedzie poszliśmy z torbą pełną szkła do pojemników. To świetna zabawa i nauka w jednym; Oli uczy się, że trzeba dbać o środowisko, sortować odpadki, butelki rozdzielać kolorami. Szwajcarzy bardzo pilnują swoich obowiązków, uczą dzieci od najmłodszych lat o co chodzi i co do czego. Mój synuś nawet gdy na ulicy widzi papierek pyta z oburzeniem: "kto to/ dlaczego tutaj wyrzucił". Gdy wracaliśmy do domu kolejny fuks: wielka rama na zdjęcie/ obraz w nienaruszonym stanie i druga bez szybki (ale już wymyśliłam dla niej przeznaczenie :) )



Później oddaliśmy się beztroskiej zabawie; rampa dla kulek to stały punkt programu naszych zabaw. Duplo! Miłość - serio! Sama lubię te klocki i rozglądam się pilnie za kolejnymi zestawami. Niestety ceny dość odstraszają więc póki co czekam na świąteczne promocje i wyprzedaże. Na koniec wkulaliśmy się do tajemnej skrytki pod łóżkiem. Dwa cherloki pod kocykiem i misiami wokół - to musiało się skończyć krótką drzemką. Nie wiem jak Oli ale ja spałam jak suseł dobre 30 minut.



Późnym popołudniem byliśmy jeszcze oglądać mieszkanie na wynajem ale niestety nie spełniło do końca naszych oczekiwań. W ogóle szukanie czegoś sensownego tutaj to totalna masakra! Dobrych ofert jest na prawdę mało i rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Na koniec dnia zatem nie zostało mi nic innego jak woda z cytrynką dla zdrowotności i gorąca kąpiel przy świecach.


Dobranoc :*

22:00:00

Tydzień z nami - dzień 2

WTOREK
Chciałoby się rzec: dzień jak co dzień - ale w naszym przypadku nie ma nic bardziej błędnego :)

Wstaliśmy już po 6-tej! Przeziębiona jestem więc byłam totalnie nieprzytomna i bezczelnie uwaliłam się na kanapie przy wspólnym oglądaniu bajek - tuż po lekkim śniadanku oczywiście. Kawa mnie nie obudziła ( a i syn był nieobecny przy jedzeniu )więc nie mam wyrzutów sumienia, że pozwoliłam na 2 godziny! gapienia się w tv.

 
Teoretycznie we wtorki czasu mamy niewiele bo na 11:30 Oliwier chodzi do tzw. Spielgruppy (czyli po prostu grupy zabaw). Dlaczego nie poszedł do przedszkola? Ano bardzo chciałam by się w nim znalazł ale koszty przekroczyły nasz budżet - za 4 dni w tygodniu po 5 godzin zaśpiewano nam ponad 1000CHF (tak, to normalna cena tutaj za prywatne przedszkole). Gmina odrzuciła podanie o dofinansowanie i oto znaleźliśmy alternatywę jaką jest właśnie spielgruppa. Dzieci w naszej grupie bawią się, śpiewają, mają tańce, zajęcia artystyczne i fizyczne - jestem z niej zadowolona mimo iż to tylko 6 godzin tygodniowo (3 we wtorek i 3 w środę). 

Gdy drzwi za synusiem się zamknęły pognałam na pocztę a potem na spotkanie z koleżankami. Jedna z nich się przeprowadza i organizowała pożegnalną kawkę by też zaprosić nas na kolejną - już na nowych włościach :)

My tu gadu, gadu a wybija godzina 13.30 i musiałam się zbierać po Oliwiera. Punkt 14 - nigdy wcześniej - otwierają się drzwi i gotowe, ubrane dzieci wychodzą do swoich rodziców. Lecąc po syna spotkałam też pierwszy świąteczny akcent w naszej miejscowości - jak dla mnie lekka przesada :P

Jeszcze ponadprogramowe szaleństwo na placu zabaw; mimo kaszlu nie mogłam odmówić Oliwierowi w taki piękny dzień. Uwielbiam tam chodzić ze względu na sporą ilość atrakcji dla dzieci i spory zielony teren. Teraz, gdy liście spadają z drzew, jest tam jeszcze piękniej!

Potem było już tylko weselej: dzikie szaleństwo w liściach, wspinaczka po drzewie i turlanie po trawie  bo "listeczki leżą - muszę sprawdzić czy miękko". Aż przechodnie się przyjacielsko uśmiechali a starsze osoby (było ich sporo tego dnia) korzystające ze słoneczka na ławeczkach machały do Olisia. Lubię ten kraj; ludzie są tutaj zadowoleni z życia, weseli i obdarzają obce osoby szczerym uśmiechem - to na prawdę miłe, aż się ciepło na sercu robi:)


Było tak miło, że zeszło nam sporo czasu! Pognaliśmy do domu by przyszykować się na shopping :)
A tak serio to raz na tydzień - półtora jeździmy do Niemiec na zakupy. Do granicy mamy rzut beretem a skoro w Niemczech taniej (zdecydowanie) to zaopatrujemy się w Kauflandzie. Dla przykładu kilogram piersi z kurczaka w Niemczech kosztuje około 6 EUR, a w Szwajcarii około 20 CHF . Waluty te są dla siebie prawie 1:1 więc różnica jest spora i odczuwalna. Już się przyzwyczaiłam i nauczyłam planować zakupy tak by wszystkiego starczyło do kolejnych zakupów. Pamiętać jednak trzeba o limitach jakie nas obowiązują przy zakupie mięsa, alkoholu czy kilku innych produktów.

Tak wygląda nasz parking podziemny - wybaczcie za jakość zdjęcia, robiłam komórką.


Dobra przyznam się: wydałam 150 EUR i kupiłam to co poniżej + wór ziemniorów, marchewki i cebuli. W ogóle cebula jakoś w ilościach hurtowych nam schodzi i wiecznie jej brakuje  - ale to chyba akurat dobrze :)  Tylko nie róbcie tego co ja na początku: nie przeliczajcie tych pieniędzy na złotówki. W końcu nie zarabia się tutaj złotówek i pensja nie wynosi ani 1500 ani 2000 złotych :)

Dzisiejszy relaks: Piekielna Kuchnia (muszę się kiedyś wybrać do Amaro na coś dobrego :P ) i Aż po sufit - uwielbiam ten serial - i Ślubny też! Oba programy oglądamy razem - kolejny małżeński rytuał  :P

A co u Was kochani?
TOP